[ Pobierz całość w formacie PDF ]

rannych zwierząt.  Oni i tak już swoje zrobili.
 Co znaczy  absolutnie nie ?  oburzył się Morgan.  Przecież to wrogowie. Trzeba się
ich pozbyć!
Kaszląc od dymu, wydał rozkaz:
 Podnieść linię ognia! Cel: czterech dwunogich na skraju lasu!
Nie wszyscy się podporządkowali. Richard Scott wytłumaczył to prostodusznie:
 Jeżeli wszyscy będziemy strzelać do ludzi, te potwory po prostu nas zeżrą. Ludzie są
daleko, a te przeklęte jaszczury mamy prawie pod nogami.
Scott miał świętą rację; Jason chciał to potwierdzić, ale nie zdążył. Kiedy kule zaczęły się
wbijać w pnie drzew, Pyrrusanie-naganiacze szybko się wycofali. Dobrze wiedzieli, gdzie i jak
uciekać. Jednak jeden został ranny. Jason widział wyraznie, że Kornik niósł kogoś na plecach.
 Hurra!  wrzasnął Morgan, który też zauważył trafienie. Za wcześnie się cieszył.
W odpowiedzi na ostrzał ludzi, a może po prostu zgodnie z planem, zaatakowały ich z nieba
skrzydlate drapieżniki.
 Czy ptaki też są niebezpieczne?  na wszelki wypadek zapytał Morgan.
 Jakie ptaki?  warknęła Meta, kierując strzelbę do góry.  To żądłopióry.
Jason ocenił sytuację i rozkazał tonem nie dopuszczającym sprzeciwu:
 Odchodzimy, Morganie! Szybko wycofujemy się do statków! Tym razem zle się
przygotowaliśmy.
Na łodziach desantowych już zrozumieli, co i jak, i pomogli im uruchamiając bojowe
miotacze ognia. Stada żądłopiórów płonęły w chmurze napalmu, który szeroko rozlał się nad polem
i powoli opadał na śnieg. Niektóre ptaki, te sprytniejsze, uciekały w różne strony i atakowały
samotnie, ale natykały się w pobliżu statków na długie serie rozpryskowych kuł. Gekony razem z
zębatymi kobyłami zostały odcięte od piratów nieprzerwaną linią płonącej ziemi. Niedobitki, które
znalazły się po tej stronie, flibustierska piechota zniszczyła podczas odwrotu.
Kiedy wreszcie wszyscy znalezli się w środku, jeszcze przez jakiś czas z przerażeniem
słuchali, jak ostatnie żądłopióry wściekle drapały pazurami iluminatory ze szklanej stali, a wzdłuż
całego korpusu w różnych kierunkach biegały chwytne gekony, wbijając we wszystkie wystające
przedmioty swoje twarde kolce.
Morgan stanął przy sterze, gwałtownie wystartował i długo krążył nad lasem, wyszukując
wśród ocalałych potworów większe skupiska. Jednak zwierzęta rozproszyły się i pochowały. Przez
jakiś czas pirackie łodzie desantowe ostrzeliwały zimowy las z najróżniejszych rodzajów broni, ale
służyło to raczej uspokojeniu nerwów niż dobiciu wroga. Po dwunogich przeciwnikach dawno nie
było śladu.
Kiedy lecieli z powrotem na  Konkwistadora , Morgan zapytał prostodusznie:
 Uważasz, że tak będzie wszędzie?
 Będzie dużo gorzej, Henry  pocieszył go Jason.
 Wspaniała planeta  jęknął Morgan.
 Uprzedzałem  Jason wzruszył ramionami.  Może tylko zapomniałem wspomnieć o
jednym szczególe. Otóż Pyrrusa czasami nazywają Planetą Zmierci.
 Odpowiednia nazwa  przyznał Morgan.
 Musisz wiedzieć, że naganiaczy zazwyczaj nie widać. Dzisiaj pojawili się nie wiadomo
dlaczego. Widocznie chcieli poznać zbyt bezczelnych obcych.
 To nic  ryknął Morgan, stopniowo dochodząc do siebie  jeszcze poznamy się bliżej.
Zobaczą, kim jesteśmy! Wcale nie uważam, że pierwsza walka skończyła się niepowodzeniem.
 Ilu mamy rannych?  zapytała Meta.
 Sześciu  odpowiedział Morgan.  Ale wszystkie przypadki poza jednym są lekkie.
Meta chciała już powiedzieć, że i pod tym względem wszystko jeszcze przed nimi, ale po
krótkim zastanowieniu stwierdziła, że taka uwaga byłaby nie na miejscu.
9
W następnych dniach jeszcze kilka kawaleryjskich nalotów na planetę Pyrrus skończyło się
fatalnie: dwanaście ofiar i ponad trzydziestu rannych, w tym dziewięciu ciężko, czyli w najbliższej
przyszłości nie można było na nich liczyć. A zwierzęta praktycznie nie ucierpiały, może nawet
okrzepły. Gdyby tak miało być dalej, piraci stopniowo, powiedzmy w ciągu roku, mogliby
zostawić prawie całe swoje wojsko na tej niezbyt gościnnej ziemi, a potem spokojnie odlecieć w
dumnej samotności, nic nie wskórawszy. Ale Morgan nie miał zamiaru dalej postępować tak samo.
Jego podwładni w gruncie rzeczy nie umieli nic, poza niszczeniem wszystkiego na swojej drodze.
Jednak sam Henry był zdolny do wielu rzeczy. Najważniejsze, że wiedział, jak kierować tą dziką,
niepohamowaną, ale posłuszną siłą.
W ciągu pierwszych dni, bezlitośnie tracąc ludzi, po prostu przechodził niezbędny wstępny
etap. Oswajał się, tworzył własną mapę planety, wyliczał najkrótsze i najbardziej efektywne drogi
do upragnionego Epicentrum.
Morgan upewnił się szybko, że im bliżej tego zaczarowanego miejsca, tym większy jest
opór zwierząt. To szczególnie go podnieciło. Tym bardziej, że sam spróbował przelecieć nad
Epicentrum. Ta próba zniżenia się na wysokość skoku bez spadochronu i spojrzenia przez
przezroczyste fale na dno, o mały włos nie pozbawiła życia Nawigatora. Jego kanonierkę trafiono z
nieznanego typu broni. Najbardziej przypominało to wybuch niedużego wulkanu, który przyczaił
się na płyciznie. Ponadto, jeżeli wierzyć urządzeniom kontrolnym, z gardzieli tego wulkanu
wydobywał się płomień prawdziwej wysokotemperaturowej plazmy.
Jason wcale się nie zdziwił słysząc to. Wytłumaczył, że wulkany na Pyrrusie to normalne
zjawisko. A skoro koloniści bez trudu sterują morskimi potworami, łatwo mogli z ich pomocą
przedziurawić cienką warstwę na dnie oceanu i wypuścić na wolność piekielną energię tutejszej
magmy. Hipoteza, oczywiście, była dość śmiała, ale Morgan i tak już wiedział, że to miejsce pilnie
chroniono. Zmasowany atak rakietowo-bombowy nie miałby sensu. Epicentrum, w
przeciwieństwie do całej reszty, trzeba było,  wziąć żywcem , a nie niszczyć.
Próby podpłynięcia morzem okazały się jeszcze bardziej nieskuteczne  w pobliżu
Epicentrum woda stała się aż gęsta od głodnych tuzinogów, lanmarów, wielorekinów. Rozmaite
potwory zapełniały swoimi ciałami cały akwen. Wydawało się, że byłyby w stanie zemleć
szczękami plastik, a nawet metal. Na dodatek po niebie krążyły miłe ptaszki, nazywane ptakami- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • zsf.htw.pl